SPIRALA ZMARTWIEŃ czyli jak trwonić życiową energię

Autor: Elżbieta Więcław 
Jestem bardzo starym człowiekiem i cierpiałem z powodu wielu nieszczęść, z których większość się nigdy nie wydarzyła. Mark Twain

Na początku są słowa. One wyznaczają granice naszego świata. Im bardziej jesteśmy świadomi znaczeń słów, których używamy, tym bardziej świadomie możemy tworzyć jakość swojego życia. W największym skrócie – świadomość daje wybór. A słowa mają MOC.
„MARTWIĆ SIĘ” jeszcze w XV wieku oznaczało „uśmiercać, zabijać”.
Z greckiego marasmos oznacza więdnięcie, usychanie, po łacinie mortuus oznacza właśnie martwy. [1] 
I coś w tym jest! Martwienie się prowadzi do chronicznego stresu, lęku, obniżenia nastroju, stanów depresyjnych, wyłącza racjonalne myślenie, odbiera siłę do działania. A jeśli wpadamy w chroniczny stres, to gwarantujemy sobie zdrowotne kłopoty w wymiarze fizjologicznym.
„Nie zapominaj, że zdrowie jest najwyższą ceną, jaką możesz zapłacić za zmartwienia. Ci, którzy nie potrafią walczyć ze zmartwieniem, umierają młodo”.[2]
A zatem – co wybierasz?
Jako ludzie szukamy mniej lub bardziej świadomie odpowiedzi na pytanie, co robić, aby być szczęśliwym? Ważne jest też, aby wiedzieć, czego NIE ROBIĆ! Budowanie własnego szczęścia to świadoma praca do wykonania, na którą mamy wpływ my sami. Czy na pewno to wiemy?
Jednym z zabójców poczucia szczęścia jest nakręcanie spirali zamartwiania się. Oj, niektórzy z nas są mistrzami w tej dziedzinie! Zadręczają się myślami, w których główną rolę gra martwienie się o to, co będzie. Martwią się o siebie i martwią się o innych… I całe seriale w swoich głowach kręcą o tym, co złego może nam (naszym bliskim) się przydarzyć. Jeśli jesteś reżyserem takich filmów, zadaj sobie pytanie:
Jak to zatrzymać?
Dobra wiadomość jest taka, że nie jesteśmy bezradni, a myśli, to tylko myśli. Warto je przede wszystkim zauważyć i sprawdzać, czy to, co sobie myślimy, służy naszemu dobrostanowi i pomaga nam czuć się szczęśliwymi ludźmi. Nie muszę wierzyć swoim myślom. Mogę je sobie wyobrazić jako chmury, które przepływają nad naszymi głowami, czasem w postaci zasnutego ołowianym obrazem nieba. Mogę pamiętać, że za chmurami zawsze jest słońce. ZAWSZE. Nawet, jeśli przez jakiś czas go nie widzę. Ot, taki wspierający pewnik. I wziąć do serca zdanie Pemy Cziedryn: „Jesteś niebem – wszystko inne to tylko pogoda”.
Ilekroć zauważę, że się zamartwiam, mogę wcisnąć „STOP” i powiedzieć: dzisiaj nie zagram w tę grę, dzisiaj gdzie indziej przekieruję swoją uwagę, a tym samym – swoją energię. I zamiast wyobrażać sobie, co złego się zdarzy, przypomnieć sobie 10 rzeczy, które sprawiły mi przyjemność w ciągu ostatniego roku. Albo powtórzyć daty urodzin moich bliskich i zaplanować dla nich niespodziankę.
Martwienie się odbiera nam sprawczość. Sonja Lyubomirski, badaczka szczęścia w ludzkim życiu, pisze tak: „Wiele badań przeprowadzonych na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat pokazuje, że kiedy za dużo myślimy o troskach, pogłębiamy swój smutek, skłaniamy się ku negatywnemu myśleniu, stajemy się niezdolni do rozwiązywania problemów, odbieramy sobie motywację i nie możemy się koncentrować na podejmowaniu konstruktywnych działań”.[3]
Mówiąc inaczej, zamartwianie się to złodziej naszej życiowej energii. Lepiej ją przeznaczyć na rzeczy, które nas absorbują i skłaniają do życiowej aktywności. To mogą być drobiazgi!
Lyubomirski w swojej książce Wybierz szczęście, podsuwa pomysł, aby te wszystkie „zatroskane” myśli, które przychodzą do nas w ciągu dnia odkładać na czas, który świadomie im przeznaczymy, jak komuś, kto przychodzi załatwić sprawę. Wybierz na to porę dnia, kiedy masz spokój. Praktyka pokazuje, że jak ten czas nadejdzie, to „odłożone w czasie” troski mogą już nieco wyblaknąć i nie będziesz mieć ochoty się nimi zajmować.
Można też zadać sobie pytanie z wielkim potencjałem uwalniania siebie: czy to czym się teraz martwię, będzie miało znaczenie za rok? Życiowa statystyka przynosi taką prawdę, że większość naszych zmartwień po prostu się nie wydarza. Więc może lepiej korzystać z mądrości przysłowia: przyjdzie czas, będzie rada?
I zamiast się zamartwiać – zaufać, że cokolwiek się zdarzy, poszukam sposobów, aby to unieść, aby sobie poradzić. Sposobem może być też pomoc innych ludzi.
Ile razy ktoś, kto cię kocha, powiedział Ci, że się o Ciebie martwi? Pomogło?
Czasem naszą miłość próbujemy wyrażać miarą martwienia się. Ludzie mają różnie. Jedni mają tak, że dla nich kochać, to się martwić. A dla innych kochać, to ufać. Potrzebujemy zaufania. To obiecujący, konstruktywny dla miłości i życia fundament.

[1] Aleksander Bruckner; Słownik etymologiczny języka polskiego, Kraków, 1927
[2] Dale Carnegie; Jak Przestać Się Martwić i Zacząć Żyć, Studio Emka, Warszawa 2018
[3] Sonja Lyubomirski; Wybierz szczęście. 12 kroków do życia, jakiego pragniesz, Warszawa 2020