Empatię dla dziecka zaczynaj od siebie

 Autor: Joanna Marczyszyn-Berendt
Dzieci nie zawsze zachowują się tak, jak chcą tego dorośli. Zdarza się im robić rzeczy na opak względem rodzicielskich oczekiwań – i to niejednokrotnie w najmniej odpowiednim momencie! Znika słodki aniołek sprzed chwili, a do akcji wkracza mały człowiek z wulkanem emocji i zachowaniami trudnymi do przyjęcia dla otoczenia. Nie zawsze nam, rodzicom, udaje się zareagować zgodnie z wartościami, którymi chcemy kierować się w rodzicielstwie. Bywa, że ogarnia nas niemoc, zniecierpliwienie czy złość. Gdy włączają się nawykowe reakcje, a w głowie króluje myślenie „powinno się/nie powinno się”, „wolno/nie wolno”, „trzeba” itp., reagujemy schematycznie, szybciej niż pomyślimy. A potem żałujemy swoich zachowań i zostajemy z poczuciem, że wolelibyśmy zareagować inaczej.

 

Rodzicielstwo, które okazuje się większym wyzwaniem niż zakładaliśmy, zawsze jest zaproszeniem do własnego rozwoju i lepszego poznania siebie. Często pojawia się wtedy pytanie: jak stworzyć dzieciom optymalne warunki, dać im korzenie i skrzydła, przekazać potrzebne zasoby, skoro sami nie doświadczyliśmy tych jakości w życiu w takim stopniu, jak tego potrzebowaliśmy?

Im bardziej nie mamy dostępu w sobie do spokoju, miłości, siły, cierpliwości, szacunku, tym trudniej przekazać je dzieciom. Jeśli natomiast doświadczyliśmy dużo miłości, akceptacji, radości i innych pozytywnych stanów od naszych opiekunów, jesteśmy najprawdopodobniej tymi wartościami przesiąknięci i łatwiej nam obdarzyć nimi najbliższych, w tym dzieci.

Dziś nie mamy już wpływu na doświadczenia z przeszłości, szczególnie te z dzieciństwa, lecz możemy spojrzeć na nie z innej perspektywy. Dobrą wiadomość ma dla nas Rick Hanson, amerykański neuropsycholog – mózg ludzki jest neuroplastyczny! W uproszczeniu znaczy to, że uczymy się przez całe życie. To, czego doświadczamy w powtarzalny sposób, buduje struktury naszego mózgu, co z kolei wpływa na jakość naszego obecnego życia – niezależnie od tego, czy robimy to świadomie, czy nie. Jeśli w przeszłości nasz mózg uczył się głównie na negatywnych doświadczeniach, to rzeczywiście mogliśmy „zbudować mózg”, któremu brakuje miłości, odwagi, życzliwości, który reaguje impulsywnie i skupia się na negatywach. Można to zmienić, tu i teraz świadomie kierując swoją uwagę na pozytywy. W ten sposób zaczynamy budować i wzmacniać struktury neuronalne, pomagające ukształtować szczęśliwy mózg, który uczy się zauważania i przyjmowania dobra. Dzięki temu będziemy rozwijać wewnętrzne zasoby i wspierać nasze dzieci, tak jak tego chcemy i jak tego potrzebują.

Rick Hanson, zachęcając do codziennej praktyki przyjmowania dobra, wskazuje trzy podstawowe potrzeby człowieka: bezpieczeństwa, satysfakcji i więzi, które są zakorzenione w historii ewolucji naszego gatunku.[1] Gdy doświadczamy wystarczającego zaspokojenia naszych potrzeb, mamy poczucie bezpieczeństwa, zadowolenia i bycia w kontakcie z innymi. Nasze ciało i umysł przełączają się na tryb, określony przez Hansona jako zielony (responsywny). Mamy wtedy pełniejszy dostęp do zasobów wewnętrznych, łatwiej budować nam relacje z innymi i działać w zgodzie ze sobą, radzić sobie z wyzwaniami, stresem i emocjami.

W sytuacjach zagrożenia i stresu nasz „system operacyjny” przełącza się na tryb czerwony (reaktywny). Hanson opisuje to tak: „Kiedy doświadczamy, że jakaś nasza potrzeba jest niezaspokojona, pojawia się poczucie deficytuniepokoju; czegoś brakuje, coś jest nie tak. Ciało i umysł są pobudzone, ze stanu odpoczynku przechodzą w stan reaktywny albo w czerwoną strefę.”[2] Tryb reaktywny ma zadbać o nasze bezpieczeństwo, ochronić przed zagrożeniami i z punktu widzenia ewolucji jest nam bardzo przydatny. Ale jego zadaniem jest przetrwanie, a nie dbanie o jakość życia i relacji z bliskimi. Gdy doświadczamy trudnych zachowań dzieci (zarówno gdy są małe, jak i w wieku nastoletnim), gdy targają nami i naszymi bliskimi emocje, z pewnością czujemy dyskomfort. Choć jesteśmy zasadniczo bezpieczni, mózg włącza tryb reaktywny, jakbyśmy stawali przed realnym zagrożeniem życia. […] choć dziś nie ma już potrzeby uciekania przed tygrysami szablozębnymi, to jednak wielozadaniowość, życie w ciągłym pędzie i częsty stres wpychają nas do czerwonej strefy.[3] Jesteśmy w strefie czerwonej za często i za długo, a to może się odbijać na naszym zdrowiu, na zasobach wewnętrznych do radzenia sobie z wyzwaniami, a docelowo również na naszych relacjach z bliskimi.

Jak więc zadbać o swoje zasoby i jakość, której chcemy więcej w swoim rodzicielstwie? Co może nam pomagać wracać do strefy zielonej w rodzicielskich wyzwaniach? W codziennym życiu stawiam na dwa sprawdzone rozwiązania: praktykę empatii dla siebie oraz  praktykę przyjmowania dobra.

Bycie po swojej stronie, obdarzanie siebie życzliwością, jest dla mnie kluczowym elementem budowania relacji w oparciu o empatię z innymi, w tym również z dziećmi. W Porozumieniu bez Przemocy jedno z założeń mówi, iż wszystko, co robimy i mówimy, jest próbą zaspokojenia potrzeb. Gdy więc jako rodzice zrobimy coś, czego żałujemy, lub coś, co wolelibyśmy, by wyglądało inaczej, możemy sami się obwiniać czy osądzać. W takich chwilach warto się zatrzymać, dać sobie kilka sekund na świadome oddychanie, na kontakt z tym, co przeżywamy, co w danym momencie jest bardzo dla nas ważne i zapytać siebie:

Czego chciał(a)bym teraz?

Jakich emocji doświadczam w swoim ciele?

Co czuję i czego potrzebuję?

W odpowiedzi mogą się pojawić kolejne oceny lub powinności. Proponuję zostać przez chwilę z tymi trzema pytaniami, a powinnościami zająć się później (zdecydowanie warto nimi się zająć, bowiem przypominają o ważnych niezaspokojonych potrzebach, które też chcą być wzięte pod uwagę).

Praktyka przyjmowania dobra, opisana przez Hansona, w skrócie polega na zauważaniu, kilka razy w ciągu dnia, zwykłych pozytywnych doświadczeń i świadomym docenianiu ich przez około 20–30 sekund. Istotą jest świadome skupienie się na dobrych dla nas momentach  codzienności. Nie chodzi o udawanie, że nie ma trudności, lecz o zobaczenie pełnego obrazu. Ćwiczenie to ma dwie fazy:

  • aktywację – zauważamy pozytywny fakt z naszego życia (nawet, jak jest ciężko, są i dobre momenty), skupiamy się na odczuciach np. z ciała związanych z tym faktem,
  • instalację – absorbujemy te odczucia; tak jak gąbka wchłania wodę, pozwalamy sobie w pełni doświadczyć tego momentu i nasycić się nim.

Ze względu na to, że nasz mózg ewolucyjnie koncentruje się na negatywach, często nie zauważamy tego, co pozytywne lub nie umiemy cieszyć się małymi, korzystnymi zdarzeniami (tym, że dziecko po zabawie zebrało 3 klocki, nawet jeśli 6 zostawiło; że autobus przyjechał na czas; że ktoś się do nas uśmiechnął; że zasadniczo jesteśmy bezpieczni i mamy to, co potrzebne nam do życia). Taka mentalna aktywność wywołuje aktywność neuronalną, a ona buduje trwałe struktury mózgu. W ten sposób małymi kroczkami możemy rozwijać te zasoby, których być może brakowało nam w przeszłości. Pojedyncze ćwiczenie nie przyniesie pozytywnych zmian, lecz praktyka każdego dnia, po kilka razy, będzie budować nasz szczęśliwy mózg.

Co więcej, codzienne ćwiczenia przyjmowania dobra możemy wykonywać z naszymi dziećmi, aby i one krok po kroku budowały takie nawyki.

Zarówno praktyka przyjmowania dobra, jak i empatii dla siebie (nie tylko w trudnych momentach, lecz w ramach świadomego przyglądania się każdemu dniowi), może wspierać nas w budowaniu swojej odporności na wyzwania i stres, w rozwijaniu potrzebnych zasobów wewnętrznych i bardziej świadomemu budowaniu relacji – ze sobą i z dziećmi. Tego Państwu i sobie życzę!

[1] Hanson R, Hanson F. Rezyliencja. Jak ukształtować fundament spokoju, siły i szczęścia, GWP, Sopot 2018, s.12

[2] Tamże, s.46

[3] Tamże, s.49